Znajdź nas na Facebooku

Rejs morski (Karaiby 2013)

 Relacja z podróży do "Raju"

1.Na początku był chaos...
Pomysł rejsu po Karaibach musiał długo dojrzewać i czekać na swoją realizację, ale gdy moja małżonka, nie mając pomysłu na prezent urodzinowy dla mnie, oświadczyła że w ramach tegoż prezentu ZGODZI się polecieć ze mną na rejs na Karaiby, nie zwlekałem ani chwili i ów prezent "rozpakowałem" natychmiast. Dnia urodzin sobie nie wybierałem, więc musiałem wykazać się 11- miesięczną cierpliwością.
Mając pewną praktykę w wyszukiwaniu lotów, udało mi się znaleźć lot tam i z powrotem z Wiednia przez Paryż na Martynikę w kwocie 950,00 EUR za dwie osoby.
Wszystkie formalności organizacyjne zostały załatwione do początku kwietnia i pozostało nam tylko czekać na termin wyjazdu..., w połowie listopada.
Wakacje minęły nam bardzo pracowicie, a to goszcząc naszych najbliższych znajomych, wyprawiając córkę w miesięczną podróż maturalną koleją transsyberyjską przez Mongolię do Pekinu, by wreszcie, bawiąc się w przewodników po wiedeńskim lotnisku zawieźć i odebrać przyjaciół, lecących na rejs po wyspach Greckich morza Jońskiego.
Tak odległy termin naszego urlopu, sprawił że zaczęliśmy o nim myśleć dopiero po powrocie z Krakowa, gdzie byliśmy na Wszystkich Świętych.
Oczywiście wtedy też nazbierało mi się całe mnóstwo pracy, tym bardziej gdy w mediach pojawiła się informacja, że od wiosny 2014 Microsoft nie będzie już robił aktualizacji do systemu operacyjnego Windows XP, w efekcie moi co bardziej niecierpliwi klienci, postanowili już teraz i koniecznie przed moim wyjazdem wymienić swoje komputery na nowe.
Tego się nie spodziewałem, mój dzień pracy wydłużał się jakby był z gumy, a kontakt z domownikami ograniczył się do rozmów za pomocą telefonu komórkowego, jakby tego było mało, we środę przed wyjazdem zaczął cieknąć piec od centralnego ogrzewania. Oczywiście żadna firma nie miała już w tym tygodniu wolnych terminów, więc pozostało nam mieć nadzieję, że córka poradzi sobie z tym problemem pod naszą nieobecność. Aby naszej córce się nie nudziło, syrena alarmu w naszym aucie zaczęła wyć bez powodu i tuż przed wyjazdem musieliśmy odstawić samochód w ustronne miejsce, aby nie przeszkadzać sąsiadom, a już w drodze na lotnisko załatwiałem jeszcze termin w warsztacie samochodowym. Niestety Saab nie przewidział możliwości wyłączenia alarmu... .
No cóż, jak już zostało przez naszych praojców napisane: "Na początku był chaos...".

2. Francuska kuchnia i przegrany baraż
Tego jeszcze nie było! Przed urlopem ustawiam sobie tak pracę, aby najpóźniej dzień przed wyjazdem mieć już wolną głowę od telefonów, tym razem jeszcze w hali odlotów w Wiedniu musiałem pisać ostatnie maile i odpowiadać na telefony klientów - niedopuszczalne w kraju Franciszka Józefa ;)
Stres związany z niespodziewanymi awariami miał swoje dobre strony, po pierwsze jeszcze nigdy tak szybko nie minął mi czas oczekiwania na boarding, po drugie mieliśmy doskonałe alibi, aby uraczyć się "czymś mocniejszym" na pokładzie, by po trzecie niezauważenie wylądować w Paryżu i bez korków dotrzeć na kolację u mojej kuzynki.
U Ewy zostaliśmy przywitani doskonałym szampanem, a jej mąż szef, kuchni z zawodu, przygotował jako przystawkę na gorąco, kozi ser zawijany w wędzoną szynkę na toście z pomidorem i miodem w otoczeniu liści grukoli - palce lizać!
Daniem głównym okazało się być spagetti szefa kuchni, nie mam pojęcia jakie były jego składniki, ale smakowało wybornie!
Wieczór zakończyliśmy lampką wina ku pokrzepieniu serc po przegranym przez Francję 0:2 barażu z Ukrainą, no cóż reprezentacja "Białoczerwonych" tym razem dorównała "Kogutom" :(

3. Air Caraibes
Wszystkie loty z Paryża na Karaiby, odbywają się z lotniska Orly, a że sobota nie należy w Paryżu do wyjątków - jeśli weźmiemy pod uwagę możliwość wystąpienia korków - więc wyjechaliśmy z Nanterre już o 1200. Okazało się, że dojazd na lotnisko zajął nam tylko 45 minut.
Zanim opuściliśmy gościnne progi domu mojej kuzynki, pomyślałem że nie ma potrzeby zabierania ze sobą puchówki, a idąc za ciosem zamieniłem jeans-y na lekkie spodnie z odpinanymi nogawkami - to był błąd, szczerze odradzam witanie lata w połowie listopada w tej części Europy - Paryż przywitał nas temperaturą 4 stopni Celsjusza po wyjściu z domu. Kombinowałem że taki outfit będzie jak znalazł po wyjściu z samolotu, zapominając przy tym o "drobnym szczególe", że do portu przeznaczenia mamy prawie 7000 km podróży w mocno klimatyzowanej kabinie. Nauczka na przyszłość!
Odprawa przebiegła bardzo sprawnie i zostało nam jeszcze trochę czasu na poszwędanie się po sklepach, nie wiedzieć czemu nazywanych, wolnocłowymi.
Zawsze zdumiewa mnie, że skoro te sklepy tam są, to jednak jakimś obrotem muszą się wykazać, rozumiem jeszcze perfumerie, alkohole i słodycze, ale komu nagle przed odlotem - poza mną, oczywiście - potrzebne jest futro?!
Nieistotne, gdyż naszym oczom ukazał się świat palm i słońca, na razie tylko namalowany na Airbusie A 330-300, ale już prawie namacalnie blisko, Air Caraibes.

4. Le Marin
Wszyscy podróżujący samolotami szerokokadłubowymi opowiadają, że nie ma porównania komfort lotu taką maszyną z komfortem lotu na krótkich, wewnątrz kontynentalnych lotach. Śmiem twierdzić, że te opinie należy między bajki włożyć, no chyba że podróżuje się klasą buisness, co najmniej! Było ciasno, zimno (no dobrze, kocyk, podusię i skarpetki, dostaliśmy w pakiecie), niewygodnie. Obsługa była miła, no i oko było na kim zawiesić - tak dla męskiej, jak damskiej części widowni ;), ale to byłoby na tyle. Lot przebiegł prawie standardowo, poza przypadkiem, gdy między Azorami, a Nową Fundlandią, kapitan zapytał, czy leci z nami lekarz, gdyż jedna ze starszych pasażerek dość poważnie zasłabła, wygląda na to, że ktoś taki się dzięki Bogu znalazł i udzielił jej fachowej pomocy. Cały lot odbył się przy pełnym zachmurzeniu i dwukrotnej korekcie kursu ze względu na turbulencje, zaskoczyły mnie też chmury na pułapie 11700 m.
Z wielką więc przyjemnością powitaliśmy widok rozświetlonej Martyniki za oknami samolotu.
Pierwszym zaskoczeniem były tłumy ludzi w hali przylotów, w krótkich odstępach czasu wylądowały trzy samoloty z Paryża. Drugą niespodzianką, było sprawne wydanie bagaży dla tego mrowia ludzi.
Zaraz po wyjściu z hali przylotów spotkaliśmy Petera, naszego skipera i organizatora rejsu. Ponieważ część załóg przyleciała południowym rejsem z Paryża, więc formalności z odebraniem kluczy od jachtów i wypożyczeniem auta udało się już załatwić.
Pozostało nam już tylko dotrzeć do mariny, około 2130 dotarliśmy do Le Marin.

5. Latające ryby i wieloryby
Niedzielnym porankiem, zaopatrzyliśmy się na rejs w pobliskich sklepach i odebraliśmy formalnie nasz jacht Lagoon 380. Pomimo prawie nowego jachtu, widoczne już były drobne usterki wynikające z charakteru jego użytkowania, mimo wszystko należałoby zadać sobie pytanie, czy aby na pewno tylko czarterujący, winni są tych usterek eksploatacyjnych, czy też producent odpuścił na jakości.
Wachty zostały przydzielone, jest nas na pokładzie siedem osób ze skiperem, więc zdecydowaliśmy się na trzy dwuosobowe.
Około 1300 oddaliśmy cumy i obraliśmy kurs na Saint Lucia, pogoda wymarzona, choć wiatr nam nie sprzyjał, najpierw wiał idealnie w "mordę" by potem zdechnąć całkowicie, pozostał nam tylko diesel-grot do użycia.
Mniej więcej w połowie drogi na Saint Lucia najpierw, tuż przed dziobem pojawił się grzbiet delfina, by zaraz potem naszym oczom ukazać się mogły latające ryby, widok niezapomniany. Brak wiatru przyczynił się do nocnego wejścia do zatoki Rodney Bay i odłożeniu odprawy na poniedziałkowy poranek.
Na koniec wieloryby, których nie widzieliśmy, ale załogi dwóch pozostałych, zaprzyjaźnionych jachtów, które już po nas opuściły marinę, miały szczęście nie tylko zobaczyć wieloryby, ale również pobaraszkować z nimi w wodzie! Według ich relacji, płynęło całe stado z młodymi i chętnie dały się obfotografować, no cóż nie będę ukrywał że poczułem igiełkę zazdrości.

6. Wulkan z szaleńczą jazdą
Krótko po 0600 w poniedziałkowy poranek, zeszliśmy z kotwicy, aby wejść do mariny Rodney Bay. Marina wybudowana głównie na potrzeby regat ACR, zapełnia się wówczas do ostatniego miejsca, a i tak kotwicowiska dla reszty jachtów potrafi podobno braknąć. Teraz przed sezonem, nie mieliśmy najmniejszego problemu w znalezieniu miejsca na trzy katamarany obok siebie. Prąd i woda na kei, ale jak zwykle wtyczki na kablu jachtowym nie pasowały do tych w marinie, jak to dobrze, że mamy krzem ;) (solary). Po załatwieniu formalności wizowo-pobytowych, zatroszczyliśmy się również o przewodnika z autem, który za umówioną kwotę 25,00 USD od osoby zgodził się pokazać nam największe atrakcje St. Lucia.
Zanim udaliśmy się na zwiedzanie wyspy, odwiedziliśmy miejscowy bank aby dokonać wymiany. Formalności związane z wymianą dolarów amerykańskich USD na karaibskie XCD, okazały się być zaskakująco inne, po pierwsze bez paszportu nie warto nawet podchodzić do okienka, po drugie uzbroić się należy w cieeeeeeeeeerpliwość, relax!
Pierwszym celem naszej wycieczki, była stolica wyspy - Castries, zobaczyliśmy ją jednak, tylko przez "auta szybę". Duży ruch, ulice tętniące życiem, ludzie robiący zakupy, sprzedający owoce, różnego rodzaju warzywa czy koszyki wyplecione z liści palmowych, a mimo to, nie odczuwa się tego pędu znanego z Europy, mamy czas. Chris nasz kierowca w kilku zdaniach opowiedział nam krótko historie wyspy St. Lucia po drodze minęliśmy port ze stojącymi w nim potężnymi wycieczkowcami - prawdziwe pływające miasta, rozumiem przywiązanie do komfortu, ale mimo to nie potrafię sobie wyobrazić, abym w ten sposób chciał spędzić urlop.
Jadąc na południe wyspy, co chwilę zatrzymywaliśmy się przy kolejnych punktach widokowych, plantacjach bananów, które nieomal całkowicie wyparły trzcinę cukrową - mniej pracy, większy zysk - i stoiskach pamiątkarskich. Wszędzie można było zakupić świeże banany - ta odmiana smakuje inaczej niż te znane z domu - lub napić się mleka z orzechów kokosowych - bardzo smaczne, choć jak to z mlekiem bywa, nie każdemu smakowało. Hitem jednak, okazała się niepozorna piekarnia z miejscowymi ciastkami na bazie owocu/warzywa? casawy - palce lizać!
Podstawowymi punktami programu zwiedzania wyspy są: kąpiel pod wodospadem, fragment lasu zwrotnikowego i oczywiście spacer do czynnego wulkanu.
O ile te dwie pierwsze atrakcje, zakwalifikowałbym do kategorii - "miłe", o tyle wulkan robi wrażenie, nawet pomimo braku lawy. Zapach siarkowodoru, bulgoczące błoto, unoszące się zewsząd obłoki pary, pozwalają wyobraźni rozwinąć skrzydła. O wulkanie opowiada zwykle miejscowy przewodnik, niestety nasza pani przewodnik nie należała do osób zbytnio zmotywowanych do pracy ;(
W drodze powrotnej do mariny, zatrzymaliśmy się na obiad w knajpce z widokiem na dwa najbardziej znane szczyty wyspy: Mt. Piton (mały i duży). Góry jak z dziecinnego obrazka, położone nad brzegiem morza i wznoszące się na wysokość 600 i 900 m robią ogromne wrażenie. Droga powrotna, to niezamierzony udział w wyścigu po krętych drogach wyspy, odniosłem wrażenie jakby Chris chciał akurat przed nami zdać egzamin na kierowcę rajdowego, tuż przed stolicą wieczorne korki, skutecznie uniemożliwiły tę szaleńczą jazdę. (Koszt mariny 120,00 XCD + 160,00 XCD za marinę i wodę Lagoon 380, 2,7 XCD=1 USD)

7. Świnie
Następnego ranka, mieliśmy opuścić przyjazną marinę zaraz po odprawie i uzupełnieniu wody, małe nieporozumienie związane z tankowaniem wody, opóźniło nasze wyjście do godzin południowych. Naszym celem jest Barbados, najbardziej na wschód wysunięta wyspa Karaibów, jako jedyna nie jest pochodzenia wulkanicznego, lecz powstała z koralowców. Przed nami około 100nm, więc jeszcze kąpiel na kotwicy, obiadek i w drogę. Pogoda cudowna, choć wiatr mógłby powiać z lepszego kierunku inaczej musimy starać się iść jak najostrzej by trafić w wyspę. Barbados słynie z tego, że opływają ją różne prądy i bywało, że żeglarze mieli trudności, aby tam trafić, zabierali więc na pokład jako pomocnicze narzędzie nawigacyjne, żywe świnie, które wyrzucone do morza instynktownie płynęły w kierunku lądu, wskazując żeglarzom właściwy kierunek. Nasze świnki pokładowe mają na imię Garmin i Navtec i pozostając suchymi, świetnie się ze swojej roli wywiązują.
Następnego ranka na horyzoncie zobaczyliśmy zarys wyspy, a około 1330 cumowaliśmy już przy nabrzeżu celnym portu St, Charles. (4,70 BBD /ft/24h , 100,00 BBD opłaty celne, za paliwo 42l i 144l wody zapłaciliśmy 193,00 BBD – Barbados Dolar: 2,00 BBD= 1,00 USD)

8. Billy Ocean i Rihanna
Zaraz po odprawie, która przebiegła bardzo szybko i sprawnie (dzięki zawczasu wydrukowanym listom załogi) zorganizowaliśmy z pomocą Dockmastera, auto z przewodnikiem na dzień następny, wstępną cenę wywoławczą 90,00 USD za godzinę udało się wynegocjować do 400 USD za cały dzień.
Tym razem kierowcą naszego busika była bardzo konkretna i miła kobieta, która chętnie dzieliła się opowieściami o swej rodzinnej wyspie.
Pierwszym punktem programu były groty na północy wyspy, tajemniczo nazwane "animal flowers caves". Nazwa ta, staje się zrozumiała dopiero gdy zobaczy się "podwodne kwiatuszki" w akcji. Reagują na dotyk co powoduje natychmiastowe zamknięcie "ofiary" wewnątrz kwiatu.
Jednakże to nie ukwiały były główną atrakcją, a widok na ocean atlantycki, przez "okna" groty. Widok imponujący, a jego namiastkę można zobaczyć w videoclip-ie Billy-ego Ocean "Caribbean Qeen".
Kolejnym punktem była wizyta w mini zoo i w parku będącym namiastką lasu tropikalnego, zamieszkałym przez zielone małpy, które przyzwyczajone do widoku turystów, wcale od nas nie stroniły.
Pochodzący z XVII w. dom kolonialny, wyposażony w oryginalne meble i przedmioty codziennego użytku wywarł na nas wielkie wrażenie, które spotęgowała jeszcze, projekcja filmu zmontowanego ze zbiorów domowego archiwum, czas cofnął się w oka mgnieniu. Cała wyspa Barbados, podzielona jest na mikroprowincje, biorące swą nazwę od świętych patronów kolejnych parafii, najstarszy z kościołów na wyspie to Kościół św. Jana, położony na klifie obmywanym przez wody Atlantyku, na cmentarzu przykościelnym pochowanych jest sześciu premierów Barbadosu, ostatni w zmarły na raka w 2010 roku, inną ciekawostką tego miejsca, jest fakt, że ludzi grzebano tam w pozycji stojącej. Po drodze do stolicy Bridgetown, zobaczyliśmy jeszcze kilka bajecznie uroczych plaż, a w samym Bridgetown rezydencję, aktualnie najbardziej znanej obywatelki Barbados - Rihanny. Wybudowana za 25 mln. USD stanowi ogromny kontrast z otoczeniem i przypomina twierdzę, jednym słowem architektonicznie nie zachwyca. Barbados opuściliśmy następnego dnia po przedłużającej się odprawie - pani urzędniczka nie dojechała do pracy - koniec końców telefonicznie zezwoliła nam na opuszczenie wyspy.

9. Gdzie rodzi się "jadło Boga"
Po ponad 30 godzinnym przelocie, dotarliśmy w sobotni wieczór na kotwicowisko przy St. George na Grenadzie. Ponieważ urząd celny był już nieczynny, odłożyliśmy wejście do mariny Port of St. Louis na niedzielny poranek. O szóstej rano zeszliśmy z kotwicy i zacumowaliśmy w nowo wybudowanej marinie.
Poprzednia, została zmieciona z powierzchni ziemi w 2005 roku, po przejściu huraganu „Iwan”, nowa jest prześliczna, zadbana w każdym szczególe, jednym słowem "cukiereczek".
Wypróbowanym już sposobem, wynajęliśmy minibusa dla 10 osób za 15,00 USD od osoby na cały dzień i udaliśmy się na zwiedzanie Grenady. Niedzielę, chcieliśmy rozpocząć od wizyty w Kościele na Mszy świętej, ale ku naszemu zaskoczeniu, jedyna msza w stolicy Grenady była o 8:00 więc, chcąc nie chcąc z lekkim rozczarowaniem udaliśmy się w dalszą drogę. Grenada od pierwszego momentu, gdy opuściliśmy miasto, zrobiła na nas wrażenie wyspy tropikalnej, mnogość drzew rosnących wzdłuż drogi, począwszy od spowszedniałych nam już bananowców, przez drzewa chlebowe, kakaowce, mangowce, orzechy gałki muszkatołowej po palmy kokosowe, wywoływały co chwilę odgłosy zachwytu. Grenada wydaje mi się najbardziej tropikalną z wysp które mieliśmy okazję odwiedzić, jednocześnie najtrudniejszą do zagospodarowania, wyrwanie dżungli choćby odrobiny gruntu pod budowę domu, nie jest łatwe, a okres deszczowy zmusza do budowania domów na „kurzych stopkach“, aby woda spływająca z gór, mogła spokojnie spływać nie zmywając po drodze zabudowań. Ponownie jak na St. Lucia zostaliśmy zawiezieni do wodospadów wewnątrz wyspy, lecz tym razem nie mogliśmy ich wykorzystać jako "prysznica", tubylcy zafundowali nam jednak pokaz skoków do wody z całkiem wysokiej skałki.
Subtropikalny klimat wyspy, przelotne tego dnia opady, droga wijąca się wśród wzgórz i przewalające się chmury, od czasu do czasu zasłaniające widok na doliny, ukazały naszym oczom niezwykłe widowisko dopełniając całość różnorodnością zapachów i dźwięków. Wizyta nad jeziorem powstałym w kraterze wulkanu była już tylko naturalnym suplementem, wywołującym kolejne „achy i ochy“. Mimo to kulminacyjnym wydarzeniem ekskursu po Grenadzie była bez wątpienia wizyta na plantacji kakao, ukoronowana doskonałym egzotycznym obiadem. Trudno się dziwić, w końcu kakao nazywane jest „Jadłem Boga“.

10. Nocą pod wiatr
Grenadę opuściliśmy już o 0000, aby dotrzeć na Grenadyny za dnia, odprawić się i przygotować do snorklowania w lagunie wysp tworzących Tobagao Cays. Planować można wszystko, realizację zamierzeń i tak zweryfikuje wiatr i pogoda, a ta postanowiła inaczej i po minięciu Grenady w spokojnej żegludze, trafiliśmy na przechodzący front niżowy z całym wachlarzem doznań, począwszy od szkwałów z przeciwnych kierunków dochodzących do 35 kn, a skończywszy na intensywnych opadach deszczu. Wszystko to spowodowało, że nasze przybycie na Union Island opóźniło się do godzin popołudniowych, oczywiście z odprawy nic nie wyszło, urzędnicy na całym świecie bardzo dbają o ścisłe przestrzeganie godzin pracy, aby nie narażać podatników na dodatkowe koszty ;-). Okazało się, że musimy zostać w Clifton do następnego dnia, natomiast pogoda zmusiła nas do dołożenia jeszcze jednej nocki w tym nieciekawym miejscu.
Na wejściu do Clifton, byliśmy mimowolnymi świadkami pewnego rytuału, któremu poddawany jest każdy jacht, chcący odwiedzić to miejsce, otóż przed zatoką ustawionych jest w kolejce kilka motorówek, które zachowując ustaloną kolejność próbują swego szczęścia – każdy ma tylko jedną szansę - oferując wpływającym jachtom miejsce przy swojej kei i możliwość zatankowania wody.
Dla wpływających nie ma znaczenia co wybiorą i tak zostaną poddani „drenażowi kieszeni“.
My zgodziliśmy się na usługi Lambi-ego (znany również jako „man for everything“ Lambi’s Bar) i to on zajął się drenażem naszych portfeli. Ceny umowne są bardziej rozciągliwe niż guma do majtek w jedynie słusznym systemie politycznym, a reklamacji nie uwzględnia się nawet przed podejściem do kasy. Najbardziej jednak było mi żal Homarów, które zamówiliśmy na kolację, były tak źle zrobione, że tylko część nadawała się do zjedzenia! Osobnym rozdziałem było tankowanie wody, której cena jest mi nie znana do dzisiaj – tankowały dwa takie same katamarany, my wzięliśmy 120 galonów wody, nasi sąsiedzi 130 galonów, my zapłaciliśmy 92,00 XCD, a od naszych sąsiadów zażądano najpierw 390,00 XCD, by po ostrych protestach skończyć na 190,00 XCD.
Nauka z wizyty w Clifton płynie tylko jedna: jeśli musicie się tam odprawić, to stańcie na kotwicy i zaraz po odprawie ewentualnym zatankowaniu wody, płyńcie dalej. Sama mieścina pomimo, że jest największym miastem wyspy, nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia, a niemiłe przygody tylko ugruntowały to przekonanie.

11. Tobago Cays i Mayreau
Tobago Cays pozostaną na razie w sferze moich marzeń, silny wiatr skutecznie uniemożliwił odwiedzenie tej laguny z najbardziej znaną rafą „Horseshoe”. Dzień wcześniej będąc na Union Island odwiedziliśmy na krótko plażę pobliskiej Palm Island, gdzie podczas snorklowania, jedna z załogantek zaprzyjaźnionego jachtu lekko się poobijała, gdy fala pchnęła ją na rafę. Nie chcąc kusić losu, postanowiliśmy popłynąć na Mayreau aby odwiedzić rajskie plaże Karaibów. Głęboka zatoka Saltwhistle zapewnia bezpieczne kotwiczenie, a mierzeja oddzielająca Atlantyk od Morza Karaibskiego słusznie stanowi największą atrakcję dla każdego fotografa amatora. Plaża zaprasza do słonecznych kąpieli, ale uważać trzeba na miejscowe pieski, gdyż są one nosicielami świerzbowca, nie rozkładajcie więc bez opieki ręczników na piasku, bo może to mieć fatalne skutki.
Plaża jest jednocześnie miejscem wypoczynku, tym bardziej, że była prawie pusta, jak i handlu - pod palmami oferowane są rożnego rodzaju koszulki, husty, ale i świeżo złowione jeżowce. W barze natomiast nie brak zimnego piwa i ... polskich plakatów reklamujących chwilowo niedostępne tam trunki ;-) Również tutaj oferowano nam homary, ale ponieważ płynęliśmy na Mustique, nie mieliśmy okazji sprawdzić, czy oferowane tutaj skorupiaki będą lepiej przyrządzone niż na Union Island.

12. Środa u Bazyla
Ku mojemu zdumieniu, każdej kobiecie czytującej kroniki towarzyskie, lub tzw. „prasę kolorową” znana jest wyspa Mustique! Nie wierzycie? To spróbujcie, a zaraz dowiecie się kto o światowej sławie wybudował sobie tam swą rezydencję, lub jak to Keith Richards (The Rolling Stones) spadł z palmy, a Mick Jagger z Brian-em Adams-em - jak baśń ludowa głosi - śpiewali „do kotleta” w barze u Bazyla.
Zapewne każdy, kto miał okazję odwiedzać ten zakątek Karaibów zna ten adres i wie, że najlepiej się tam zjawić w środę... , tak też uczyniliśmy i w środowy wieczór przycumowaliśmy naszego katamarana do bojek wystawionych w zatoce Britannia naprzeciw Baru u Bazyla. Tego właśnie dnia tygodnia macie gwarancję że będziecie się mogli bawić w rytmie muzyki live, a kto wie, może to właśnie podczas Waszej tam obecności, Mick Jagger ponownie zaśpiewa „do kotleta”... . My tego szczęścia nie mieliśmy, ale zabawa była przednia i wykorzystaliśmy na parkiecie każdą chwilę do ostatniego dźwięku około godziny 0100. Wstęp we środę, to kwota 8,00 USD od osoby, chyba że macie ochotę na wykwintną kolację z czterech dań, wówczas kosztować Was to będzie 50,00 USD od osoby. WiFi jest dostępne i to w dobrej jakości, a drinki mają przyzwoite zachodnioeuropejskie – taniej niż w Warszawie – ceny. Następnego poranka wynajęliśmy tamtejszą taksówkę i za 50,00 USD/6 osób, odbyliśmy godzinną przejażdżkę po wyspie, dowiadując się kto gdzie mieszka i ile kosztuje wynajem na tydzień domu Tommy-go Hilfiger-a. Zorientowawszy się w cenach najmu nieruchomości, poprzestaliśmy na zakupie dwóch świeżo złowionych Barrakud z dodatkiem kilku zębów rekina i obrawszy za cel wyspę Bequia, pożeglowaliśmy w jej kierunku.

13. Boso
Cudowny Passat podarował nam przepiękną żeglugę prosto do Port Elisabeth na Bequia, aż żal było zrzucać żagle. Podstawowym celem przybycia na tę wyspę było zgłoszenie naszego wyjścia z państwa St. Vincent i Grenadyny i pozyskanie odpowiedniego wpisu w naszych paszportach – z myślą o przyszłych wojażach w tych regionach. Nauczeni doświadczeniem staraliśmy się dotrzeć do portu przed godziną 1500, aby nie narażać podatników...itd. itp. Po przybyciu do zatoki stanęliśmy na bojkach, których tam nie brakuje, a ponieważ zadeklarowaliśmy maksymalny czas postoju na dwie do trzech godzin, nie musieliśmy uiszczać żadnych opłat. Jako że Bequia była ostatnią wyspą z walutą XCD (dolar wschodniokaraibski), postanowiliśmy się pozbyć ostatnich zasobów tejże waluty z naszych portfeli. W tym celu po spożyciu doskonałej barrakudy, udaliśmy się pontonem na ląd, dopiero tam, spostrzegłem że niezamierzenie poszedłem za przykładem mego ulubionego podróżnika Wojciecha Cejrowskiego, zostawiając stóp odzienie na jachcie. Tym samym, udałem się „boso przez port” na poszukiwanie księgarni, aby zakupić najnowsze wydanie locji Windward Islands. W ten to prosty sposób pozbyłem się zgodnie z wcześniejszym planem ostatnich dolarów XCD i poczułem Karaiby, dosłownie pod moimi stopami. Jeszcze tylko na osłodę cudowne mleko kokosowe i pora wracać na Martynikę.

14. Twin Pitons i niespodziewany komitet pożegnalny
Bojki w zatoce Portu Elisabeth opuściliśmy około 1700 i zanim zaszło słońce, żeglowaliśmy już pod pełnymi żaglami obierając kurs NW. Do osiągnięcia wyspy Saint Vincent wiatr nam sprzyjał, jednakże później „zdechł”, aby po półgodzinie zmienić kierunek na północny, tym samym zmuszając nas do nieustannego ostrzenia aby nie utracić zdobytej wysokości. Summa summarum, gdy o poranku zobaczyliśmy szczyty Twin Pitons na Saint Lucia, ich widok towarzyszył nam jeszcze do późnego popołudnia, gdy zaczęliśmy się zbliżać do zatoki portu Le Marin na Martynice. Towarzyszące nam przez całą drogę na Martynikę szkwały i przelotne opady ciepłego deszczu, stwarzały niezapomnianą grę światła i chmur na zakończenie rejsu. Jakby tego mało było, Morze Karaibskie postanowiło nas jeszcze obdarzyć wizytą komitetu pożegnalnego w postaci całej rodziny dryfujących na jego powierzchni wielorybów, od czasu do czasu wyrzucających swym oddechem fontanny wody, czy można sobie wymarzyć coś piękniejszego? Ostatnim żeglarskim akcentem rejsu, było spotkanie na zbieżnym kursie żaglowca „Royal Clipper” zbudowanego w Stoczni Gdańskiej na bazie kadłuba „Gwarka”, ponad 133m długości, pięć masztów na których można postawić 5050 m² żagla potrafi zrobić na każdym wrażenie. Po 24 godzinach żeglugi pod wiatr oddaliśmy cumy przy kei stacji benzynowej w Le Marin, obsługa stacji właśnie skończyła pracę i poradziła nam pozostać przy ich pomoście do następnego dnia, aby rano zatankować jachty i podejść do pomostu firmy czarterującej. Procedura oddania jachtu przebiegła bardzo sprawnie i bez problemów, za zgubiony odbijacz musieliśmy zapłacić 20,00 EUR, co wydaje mi się bardzo chrześcijańską ceną, pozostało nam się tylko jeszcze spakować i rejs do „Raju” przeszedł do historii.

15. Martynika
Ponieważ wszystkie loty do Paryża, są lotami nocnymi, po wymustrowaniu z naszego katamarana, udaliśmy się jeszcze na zwiedzanie Martyniki. Wyspa jako zamorska prowincja Republiki Francuskiej, posiada zdecydowanie takiż charakter. Gdybym w niewyjaśniony sposób miał się nagle tam zjawić, byłbym przekonany, że znajduję się gdzieś na południu Francji, na wybrzeżu Morza Śródziemnego, infrastruktura, sieci handlowe, drogi, wszystko rodem z Europy, jedynie przeważająca ilość ludności murzyńskiej, mogłaby zastanawiać. Oczywiście przyroda stanowi tutaj osobny rozdział, choć dla laika te różnice są niezauważalne. Po minięciu stolicy Martyniki - Fort de France, udaliśmy się w głąb wyspy do ogrodów Balata. Zwiedzanie tego zakątka trwa około 90 minut i warte jest każdej tam spędzonej chwili, wstęp kosztuje 13,10 EUR od osoby, ale grupy powyżej 10 osób mogą liczyć na zniżkę. Zaprojektowane przez artystę ogrodnika Jean-Philippe Thoze, w formie następujących po sobie kolejnych obrazów, które odkrywamy przemieszczając się wyznaczonym szlakiem. Ogrody otwarte dla szerokiej publiczności w 1986 roku zostały w 40% zniszczone przez huragan Dean w 2007 roku, na szczęście wówczas powstałe zniszczenia, prawie całkowicie się zabliźniły. Po zwiedzeniu ogrodów Balata pojechaliśmy jeszcze do dawnej stolicy Martyniki Saint Pierre. Miasto tętniące życiem do końca XIX w. i nazywane Paryżem Karaibów, zostało 8.05.1902 roku całkowicie zniszczone przez wybuch pobliskiego wulkanu Montagne Pele, niemalże wszyscy mieszkańcy tego 30 tysięcznego wówczas miasta zginęli, a niedawny Paryż Karaibów został przemianowany na Grobowiec Karaibów. Do dzisiaj są widoczne ślady zniszczeń sprzed ponad stu lat, a piasek na plaży jest w kolorze popiołu.
To był nasz ostatni punkt programu na Martynice i Karaibach, teraz pozostaną już tylko wspomnienia i snucie planów o powrocie w te rejony, może już następną jesienią w rejsie na Wyspy Dziewicze... ?

autor tekstu: Tupti
autorzy zdjęć: Beata i Peter

 

Powrót

Skontaktuj się z nami

Zadzwoń do nas

33 497 10 57
pn - pt 8:00 - 16:00

Godziny otwarcia

poniedziałek - piątek
8:00 - 16:00

Napisz do nas

Zapytanie o czarter

Skorzystaj z formularza zapytania
Kursy motorowodne
Magazyn Żagle
ISSA - Federacja Szkół Żeglarskich
STCW
Księgarnia Morska - mapy, locje, przewodniki żeglarskie
Klub żeglarski Halny
Klub Żeglarski Horn Kraków