Znajdź nas na Facebooku

Luty 2011 (Seszele)

"Seszele w skład których wchodzą najstarsze i jedyne na świecie wyspy zbudowane z granitu są czymś w rodzaju Atlantydy na Oceanie Indyjskim"

Rejs Seszele 04-20 luty 2011

Seszele można podzielić na pięć głównych grup: wyspy granitowe-wewnętrzne, grupę Alphonse, grupę Farquar oraz grupę Aldobry. Wyspy wewnętrzne to jedyne na świecie wyspy oceaniczne o identycznej budowie geologicznej jak stały ląd kontynentalny. Wszystkie inne, są zbudowane ze skał koralowych albo wulkanicznych i wyrosły z czasem pośrodku rozległych akwenów.

Czwartego lutego, wyruszyliśmy z Maćkiem na nasz seszelski rejsik. Wczesną (6:30), zimową, mroźną porą, spod klatki na Komandorskiej w Gdyni, kolega Krzysiu zawiózł nas na gdańskie lotnisko. Byliśmy godzinę wcześniej, superek! Nie było wielu ludzi, więc odprawa poszła nam szybko. Lotnisko im. Lecha Wałęsy, nie przytłacza wielkością, ale jest zadbane. Zdążyliśmy się chwilę wynudzić przed boarding’iem. Opuszczając Trójmiasto, pogoda była nędzna, stabilna, zimno. Brudny śnieg zalegający gdzie niegdzie nie napawał już radością białej zimy.

Lot z Gdańska do Frankfurtu, w którym mieliśmy przesiadkę (10h postoju!) na szczęście jedyną w podróży na Seszele, minął szybko (1,5h), w chmurach i słońcu, bez komplikacji z miękkim lądowaniem. Po kilkumiesięcznej zimie, krótkich ciemnych dniach, promienie słońca były serotoniną na nasze dusze. Dzięki nim poczuliśmy już taką małą cząstkę za równikowej pogody. Kapitan naszego Embraer 175 "usiadł" na pasie, można by napisać, bezszelestnie. Chyba pokocham latanie jeżeli starty i lądowania, będą tak gładkie jak do tej pory w mojej, jak na razie, krótkiej karierze lotniczej. No fenomenalną dla mnie sprawą jest efekt "wciskania" pasażera w fotel, gdy pilot doda "gazu", uszy się zatykają a żołądek wariuje. Turbulencje przy tym to pestka.

Dziesięciogodzinny postój w oczekiwaniu na drugi samolot, pozwolił nam zapoznać się z ogromnym, frankfurckim lotniskiem. A że dla mnie lotniska są nieczytelne w swoich oznaczeniach, to czas wolny wykorzystaliśmy właśnie do wędrówek poznawczych. Po kilkunastu godzinach, mogliśmy oprowadzać już "świeżynki". Liczne sklepy, sklepiki, kafejki i automaty z kawa, oraz partyjka w tysiąca, urozmaiciły i skróciły nam czas oczekiwania. Ale najlepsze z jedzenia i tak były nasze polskie kanapki z Lidla.

Czas szybko leciał i niedługo później, dołączyli do nas nasi współrejsownicy z Wa-wy: Ola oraz Saba i Mieciu. Godzinę przed wylotem, pospiesznie (ich samolot z Krakowa spóźnił się) dołączyli ostatni załoganci, Kasia, Peter oraz Janek. A o 23:30, komplet nas siedział już w Boeingu 737 linii lotniczych Condor w rejsie na SESZELE!! W samolocie kulturka. Poduszeczki, kocyk, zimne, procentowe i ciepłe napoje, obiad a rano śniadanie mniam mniam i znów picie. Co do jakości jedzenia i obsługi (niemieckie stewardesy są okropne) opinie były podzielone wśród załogi. My z Maćkiem jesteśmy na tak, smakowało nam.

Dziesięciogodzinny lot, z początkowym opóźnieniem z powodu nie prawidłowego działania wszystkich urządzeń pokładowych, przebiegał pomyślnie. Ponownie start wciskający w fotel, lot ze średnią prędkością 800km/h, na wysokości 11tyś metrów w temperaturze -54st C !!! dla mnie niewyobrażalne jakie siły i przeciążenia działają na samolot. Ja to jak taki niewierny Tomasz, jak nie zobaczę to nie uwierzę. i byłam i UWIERZYŁAM. Fenomenalne, patrzysz przez okienko i wydaje ci się, że samolot porusza się w tempie żółwia, patrzysz i widzisz jak lecisz w chmurach, patrzysz i widzisz słońce ponad chmurami, patrzysz w dół i widzisz czubeczki gór śniegiem osypane jak cukrem pudrem. Miasto z lotu ptaka malutkie a księżyc coraz większy i jaśniejszy bo noc była w pełni, gdy po 2h opóźnienia wystartowaliśmy…

…I miękkie lądowanie, jak by w oceanie, bo lądowisko nad samym brzegiem wyspy, bajka! Było już jasno. Wylądowaliśmy ok. 9:00. I zaraz szok, po wyjściu z samolotu, wilgoć, parówka i duchota. Dobrze, że tego dnia nie było słońca. W sumie byłam przygotowana na taki efekt. W samolocie zdjęłam rękawiczki, szal i kurtkę. Jednak ciepłe spodnie dżinsowe, natychmiast zostały w nogawkach podwinięte, a bluzka z krótkim rękawkiem stała się bluzką na ramiączkach. Wymarzona pogoda, w nocy nie spadał poniżej 28st C a do 32st C za dnia można szybko się przyzwyczaić ;)

MAHE - to największa i najgęściej zaludniona wyspa w części wewnętrznej archipelagu. Tu też znajduje się jedna z najmniejszych stolic świata, Viktoria. Mahe odznacza się szczególnym pięknem. Nadmorskie krajobrazy cechuje duża różnorodność, od granitowych urwisk, gdzie fale rozbijają się o potężne głazy, których kształt przypomina czarę, gdzie woda wpływa i spływa cofając się z falą, po ustronne zatoczki osłonięte palmami a w głębi lądu liczne wzniesienia i cichy las deszczowy.

To właśnie na Mahe z Angel Fish Marine czarterowaliśmy katamaran Lagoon 380, który na dwa tygodnie stał się naszym domem ahhhh…. Do mariny było niedaleko z lotniska, ale z bagażami to już co innego. Wypożyczyliśmy autko Kia (to tu Porsche), co jest bardzo popularne i polecane na wyspach i która dowiozła nas do celu. Niestety bez przygód nie było by "fajnie". Kasi bagaż nie doleciał, a Kasia oswoiła się z myślą, że chodzi przez tydzień o jednych ciuchach.

Wtaczając swoje bagaże po ruchomym pomście, miałam nadzieję, że to jedyna taka nie za przychylna keja na rajskich wyspach. Myliłam się. Nie jedyna, a jedna z dwóch… dwóch jedynych. Szybko podzieliliśmy się na dwie wachty kotwiczne, bo kotwica to ja i ty o kotwico trzymaj nas czternaście dni.

Tubylcy. Oj czorne ludziki, uśmiechnięte, przyjazne, nigdzie się nie spieszą. Pracują do 18stej i ani minutki dłużej, wymuszając wręcz na nas dostosowanie się i odejście od europejskiego, luźno tu postrzeganego obowiązku pracy. Wszyscy byli naszymi " przyjaciółmi", odnosząc się do ciebie z szacunkiem, z uśmiechem informując "…sorry my FRIEND… See U tomorrow…" no i co zrobić… no to do jutra.

Ze względu na bliskość Somali i nasze bezpieczeństwo, nasz rejs musiał się zawęzić do Wysp Wewnętrznych archipelagu. Opłynęliśmy Mahe, odwiedziliśmy La Digue, Praslin, Curieuse. W sumie zrobiliśmy 320Mil morskich w słońcu i pięknej pogodzie.

Pierwszy dzień się nie liczy. Ocean przywitał nas tego dnia siódemką Beauforta i wysoką falą i …..ścianą deszczu! Taki deszcz to ja tylko na Mazurach widziałam. Większość załogi się pochorowała, auto pilot nie trzymał kursu, a Kasi przyszło sterować łehhhh… kropla za kroplą w oko jej wpadała drażniąc. Ale to jedyny taki "wybryk" natury na naszej trasie. Później słonko już nas nie opuszczało, fundując czerwone nosy, drugą skórę, bogactwo Wit. D i uśmiech na twarzach, lekko i mocniej bujając na fali, mocząc "dzioby" katamaranu w słonym H2O.

Seszelski tropik. Dla mnie to, wszechobecne palmy. Rosną jak chwasty, wszędzie, nie ma dla nich miejsc nieodpowiednich, by obrodzić w słodziutkie małe bananki czy twarde kokosy, których jedzenie już mi zbrzydło. To anielskie plaże. Dosłownie! Piasek to drobinki białych i czerwonych koralowców, miałkich i delikatnych jak mąka. Pozostała roślinność na wyspach, to większość kwiatów które mamy w doniczkach, tylko kilkakrotnie większe. To kaktusy-agawy, bugenwille, draceny, krotony czy róże chińskie. U nich to nawet ptaki ładniej ćwierkają a rybitwy "śpiewają", przyrównując do skrzekotu naszej mewy Śmieszki. Tu nawet kury są czarne, żółwie w zagrodach, koty ospałe, psy głodne i nietoperze w klatce! Poza nietoperzami na talerzu (ponoć przysmak) mają i normalniejsze jedzenia, ośmiorniczki, małże, tuńczyka i Fish czyli pozostałe ryby. Dostaniesz też dostępną na całym świecie "włoska" pizzę i "amerykańskie" frytki. Zamawiając jednak posiłek w knajpach, należy uzbroić się w cierpliwość, gdyż kelnerki ruszają się jak muchy w smole, co by się tylko nie spocić.

Osobiście polecam grillowanego na pokładzie tuńczyka, którego "złowiliśmy" na rupie seszelskie, czyli walutę Seszeli. Słabi z nas jednak negocjatorzy. Pierwsza podana cena za rybę, przez rybaków na kutrze, który podpłyną do nas i zaoferował piiięknego tuńczyka, została z uśmiechem zaakceptowana. Ne szczęście szybko się uczymy;)

Seszele, to zupełnie inny świat. Inne życie, jego standard i inne tempo niż te nasze, europejskie. Takie nasze lata 80te. Sklepy wyposażone tanim sumptem, drzwiczki zbiliczki, ciasno, gorąco a rozkręcane, przez sufitowe wentylatory, na boki, gorące powietrze, gryzło w oczy. W sklepach kupujesz co jest a nie co byś chciał. Chleb, pszenny, tostowy dobry, mleko też mleczne, a co do reszty trzeba było uważać, bo trafiliśmy na egipskie parówki z puszki, co ich nawet ryby jeść nie chciały. Na pułkach znaleźć można jeszcze duńską mielonkę czy gulasz serowy gdzie ser to był jego składnik główny i jedyny. Jest też malezyjska puszka mięsna, niemieckie jogurty, czy polskie(!) ciasteczka z Bielsko-Białej(!), banany, mango, papaja, limonki czy lemonki itp. W sklepach tych, panował jednak wszechobecny, bałagan a nawet i burdel. Za szklaną ladą, poupychanie i niezgrabnie leżały liczne produkty. Były i pen driveny, telefony komórkowe, wśród pączków, ceraty kuchennej, stołowej, mopów, dziecięcego rowerka czy potrzebnej nam na grilla foli aluminiowej. W sumie muszę przyznać, że może i jedzenie nie jest smaczne, ale w tak wyposażonym sklepie, każdy dla siebie coś dostanie, ale bez pomocy obsługi sklepu, raczej nie dosięgniesz wzrokiem tego co ci potrzebne. Na nasze szczęście, tutejsze piwo SEYBREW i TAKAMAKA rum kokosowy, były pyszne i rekompensowały "niedożywienie" , urozmaicając wieczorne spotkania we wspólnym gronie, pozwalając rozkoszować się ich smakiem i tropikalnymi 28 st C o 23 wieczorem :)

LA DIGUE- druga wyspa którą odwiedziliśmy. Po niej była PRASLIN i CURIEUSE a kończąc rejs, opłynęliśmy ARIDE.

Wszystkie te wyspy, mają przefantastyczne plażę. Dla mnie jednak, najpiękniejsze były właśnie na La Digue. Tu też bardzo mi się podobało życie tubylcze, skomasowane przy głównej drodze przy nabrzeżu. Tu też cumowaliśmy do drzewka, bo nie ma czegoś takiego jak keja. Odbył się nawet wieczorny festyn, z głośną muzyką, grą w siatkówkę, rastamańskim paleniem oraz trunkami i jedzeniem. My jednak nie uczestniczyliśmy, przyglądaliśmy się z pokładu katamaranu, tankując wodę pitną do zbiorników. Od tubylców to czasem nawet trzeba było się "opędzać" bo usilnie proponowali wypożyczenie roweru co jest na wyspach powszechne i popularne i wygodne, bo można całą wyspę zwiedzić w jeden dzień i się przy tym nie namęczyć tak bardzo jak chodząc na piechotę o 12 w południe, co często nam, europejczykom się zdarzało. Na La Digue odwiedziliśmy plażę z największymi falami, które traktowały nas jak piórko, zalewając i przetaczając z prądem, po dnie, jak piaskowe kulki, ściągając bikini i kąpielówki. Nasze chłopaki, jak małe dzieciaki, uradowane i szczęśliwe, na widok taaakich fal.

Na Praslin, była jedyna w swoim rodzaj palma kokosowa, której długo szukałam. Była to palma taka filmowa, co zamiast piąć się w górę, rosła w głąb plaży, umożliwiają naszej załodze dokonanie wielu zdjęć, dosiadając ją. Długo szukałam takiej palny a Maćkowi powiedziałam, że nie wrócę do kraju, bez zdjęcia na takiej tropikalnej palmie. I udało się i WRÓCIŁAM. Praslin, druga co do wielkości wyspa, ma też jedyny istniejący rezerwat palny endemicznej i lodoicji, rodzącej kokosy Coco Del Mer. Ja nazywam ten rezerwat, lasem prehistorycznym, bo sama korona liścia takiej palny chyba miała z 2metry średnicy. Owoce tej palny, kokosy, które przez długi czas uznawane były za afrodyzjak, ze względu na ponętne kształty, ważą przeciętnie 20kg! Palmy te są pod ścisłą ochroną, gdyż nasiona żeńskie i męskie są zbyt ciężkie, by przebyć ocean i rozmnożyć się na innych wyspach czy kontynentach. W rezerwacie tym, pod ścisłą ochroną jest też tylko na Seszelach występująca papuga czarna, której nie było nam dane dostrzec, gdyż jest ich tylko kilkadziesiąt sztuk.

Curieuse, zaś miała rezerwat żółwi lądowych, ahhhh co to były za giganty(!) Każdy żółw był tu znakowany i policzony. Miały chyba ze trzysta lat, takie wielkie były. Można było je dosiąść a do ludzi, fotografii, były tak przyzwyczajone, że trzeba było nawet uważać karmiąc je liśćmi, by nie szczypnęły czystym przypadkiem. Były czasami tak nachalne, że trzeba było się kryć. Kochały drapanie i pocieranie po główce i podbródku. Tu też była szkółka żółwia, w której wychowywały się żółwie maluchy, a po osiągnięciu pewnego wieku, były wypuszczane wolno na wyspę.

Seszele, to taka dzicz troszeczkę. Samoloty z turystami przylatują zaledwie kilka razy w tygodniu. Może i dobrze bo turysta pozostawia po sobie dużo śmieci, a te małe wysepki mogły by się zasypać górą śmieci. Brak marin, czy wody pod prysznicem, zniechęca turystów do odwiedzania "rajskich" plaż seszelskich. Nie jest to też tania podróż z Europy. Cena biletów lotniczych, zamyka jeszcze ten teren dla licznej grupy mało zamożnych turystów, nie pozwalając by skomercjalizować te tereny.

Nasz dwutygodniowy rejs, wypadł pomyślnie. Skąpany w słońcu, z fajną załoga, na dziewiczych terenach, wśród wcześniej nie spotykanej przyrody, zwierzyny, ludności. Był wielką nowością i cegiełką na bagaż wspomnień i życia przygód. Tego nie da się powtórzyć, bo i po co! Jest jeszcze tyle świata i jego egzotyki do zobaczenia. …

A MY, dopiero zaczynamy ;)

Marta

 

 

zdjęć: Sabina, Ola, Kasia, Janek, Maciek, Peter

 

Powrót

Skontaktuj się z nami

Zadzwoń do nas

33 497 10 57
pn - pt 8:00 - 16:00

Godziny otwarcia

poniedziałek - piątek
8:00 - 16:00

Napisz do nas

Zapytanie o czarter

Skorzystaj z formularza zapytania
Kursy motorowodne
ISSA - Federacja Szkół Żeglarskich
STCW
Księgarnia Morska - mapy, locje, przewodniki żeglarskie
Klub żeglarski Halny